(...) w ogóle zrobiłby wszystko - tylko nie chciał, bo "Po co"? - jak mawiał. Tak myślały o nim także wszystkie kobiety, które kiedykolwiek kochał. No jeszcze wystąpi później - nie bójcie się...
Była "boginią tajemniczych przerażeń nad własną dziwnością w pospolitości"- jedność w wielkości, ciągłość w przerywalności.
Izydor wierzył, że ta metafizyka, o której marzył jest do zdobycia faktycznie tu, na tej ziemi, przy tym właśnie stopniu rozwoju kory mózgowej i asocjacyjnego aparatu u pewnych jego, Izydora, gatunku istot.
Marceli ocknął się na sekundę ze straszliwego koszmaru i ujrzał rzeczywistość zwykłą normalnego człowieka. Była straszna - uciekł szybko do swoich zaświatów.
Poddał się bezpieczeństwu tej oficjalnej miłości z zwykłą, samczą czysto, rezygnacją, tak często u schizoidów spotykaną; tworzą oni, jako kompensatę za niewolę ciała, odrębny, niedostępny dla tej właśnie kochanej istoty świat wewnętrzny i tam przeżywają się najistotniej w samotności. To jest ich zemstą podświadomą często za utraconą zewnętrznie samowłasność.
Było wyjście: w przyjęciu świadomości ciała jako kompleksu jakości wewnętrznego i zewnętrznego dotyku, jako czegoś pierwotnego, a całej reszty życia psychicznego jako nadbudowy, sprowadzanej zresztą do systemu następstw jakości(obecnych, byłych, czyli wspomnień, i fantastycznych, to znaczy składających się z elementów wspomnień, w przeszlosci niedokładnie zlokalizowanych), ale
tego wyjścia w obecnym swym stadium nie widział biedny Izydor.
- Odwal się - powiedziała i to jej pomogło, zamiast żalu - furia. - Odwal się.
O, rzeczywistości! - jakżeś nieuchwytna, gdy ani uciec od ciebie, ani cię pojąć do głębi nie można.
Blask Tajemnicy Wiekuistej wyrżnął Izydora prosto w pysk, jak świetlisty bufor jakiegoś załadowanego potwornością całego Istnienia mgławicowego monstre-pociągu.
Nie może się z czystym sumieniem przyjąć dwóch rodzajów świadomości: jednej przezyciowej, bezpośredniej, hyletycznej, tej od jakości bezpośrednio danych, i drugiej: myślącej - przy czym związek ich (choćby psychologicznie, zwyczajnie biorąc) stawał się czymś zupełnie niepojętym.
"Ja" musi być pragmatyczne, skupione na swojej gładkiej, kulistej powierzchni, która ukazuje- owszem- swój kształt innym, ale przede wszystkim odbija zewnętrzny świat i nie dopuszcza nic do wewnątrz. Samo może oglądać z różnych stron, może oceniać- uznawać albo odrzucać. Niektóre rzeczy pomniejszać, inne powiększyć, być władcą percepcji. Sprawić, by świat stał się "on" , wtedy będzie można go używać jak przedmiotu i przerzucać z ręki do ręki jak piłeczkę, czarować, stwarzać i znikać.
Z niej to postanowił Izio zrobić tamę, której by nie przewyższyły żadne nurty zwątpień w ostateczną rzeczywistość tego życia.
Kiedy niepewność staje się nie do zniesienia, "ja" ucieka w maski, a niejedna z nich tężeje, przeobrażając się w więzienie.
Zawsze niepewni swego, ciągle wątpiący, ciągle rozdarci między diametralnie przeciwne sobie uczucia, tropiący samych siebie na niezrozumiałych szlakach własnych swych, często wspanialszych od nich samych, sobowtórów, wiecznie nienasyceni i zjadani przez nieściśliwość ostateczną sentymentów, wyrzuty sumienia i drobną, aż bolesną czułostkowość. A do tego to ciągłe poczucie, że wszystko jest "nie to" , że za krawędziami tych męczarni jest gdzieś słoneczny świat prostych, pięknych, wolnych uczuć, niedostępny, utęskniony i niepowrotny - tak jakby już kiedyś był kiedyś tuż tuż i odleciał jak miraż w swój własny, niedosiężny wymiar istnienia.
Zupa pomidorowa zaprawiona była zabójczym jadem prawdziwego małżeńskiego szczęścia. Tak dobrze było, że aż płakać się wprost chciało, wyć, jak wyje tylko pies na łańcuchu.
(...) byłaby ciągłość zupełna, nie wymagająca pojawienia się silnych indywiduolów stwarzających przewroty, biorących na siebie wyrazicielstwo podświadomych zadań mas w danej epoce.