Spójrzmy bowiem, co to jest i jak im (Indianom- przyp. red) się przedstawia owa cywilizacja, do której przyjęcia głoszą ich niezdolnymi! Więc, oto naprzód: rząd Stanów gwarantuje im ziemię, obywatele zaś, z których łona rząd wyszedł, odbierają im ją mimo rządu. Na pierwszym więc kroku spotykają się z kłamstwem i krzywoprzysięstwem, jako zaś proste dzieci natury, nie umieją odróżnić rządu od narodu i z tych wszystkich stosunków wynoszą jedno tylko poczucie: głębokiej krzywdy. Zresztą Indianin w cywilizacji widzi tylko stratę tego wszystkiego, co stanowiło sposób do życia jego i jego przodków. Najprzód odejmują mu cały obszar stepów bez końca a dają kawałek ziemi, której on nie umie uprawiać. Dają mu derkę a zabierają wolność. Piękna zamiana! (...) Pomyślmy zatem, co zyskuje, a co traci przyjując tak zwaną cywilizację. Przede wszystkim mrze głód na swoim kawałku roli: ciż sami bracia, którzy prawili mu o cywilizacji, pogardzają nim teraz tak, jak w Europie Cyganem, a w rezultacie nic innego nie pozostaje mu jak cygańskie życie: żebranina i małe złodziejstwa, i wegetowanie z dnia na dzień, wśród którego podleje do ostatka.