Nas uczono, że rola to jest gorset, który aktor ma na siebie nałożyć. (...) Holoubek wprowadził aktorstwo osobiste, osobowościowe, referował rolę poprzez siebie, wykorzystywał ją do tego, żeby od siebie powiedzieć coś o świecie. To powodowało u widzów wrażenie, że on się zachowuje zupełnie prywatnie.
To jest zawód, który kieruje się normami etycznymi, przede wszystkim również w zakresie wewnętrznej dyscypliny, szacunku do teatru, nie wolno nie przyjść na przedstawienie, ponieważ jest grupa ludzi, która przyszła mnie oglądać (...) Sam przeżyłem coś takiego, umarła moja matka, a wieczorem grałem farsę "Iwona, księżniczka Burgunda" w Teatrze Powszechnym.
Dzisiaj próba kreacji rzeczywistości, a co za tym idzie kreacja aktorska, uchodzi za mało atrakcyjną. Widać to wyraźnie w filmach amerykańskich. Obsadza się ludzi, którzy nie kreują postaci, oni po prostu tacy są, więc pasują do danej roli.
Od strony czysto profesjonalnej, poza jak najwszechstronniejszym opanowaniem warsztatu, obowiązkiem aktora jest wyzbycie się kokieterii, wszelkiej skłonności do ekshibicjonizmu i obrona na scenie każdej postawy ludzkiej.