Widziałem raz żywy symbol triumfu człowieka. Stał już nad przepaścią i zrobił wtedy w nią siusiu.
W swej skromności uważał się za grafomana, a był donosicielem.
Sprawa była tak przezroczysta, że wszyscy sobie o nią łeb rozwalali.
Miałem go zawsze za lwa, ale gdy go zobaczyłem na czworakach, poznałem, że nim nie jest.
I jak tu nie być optymistą. Moi wrogowie okazali się takimi świniami, jak przewidywałem.
Czy pogrzebałem wszystkie nadzieje? Nie dano mi. Na pobojowisku zżarły je hieny.
Chciałem powiedzieć światu tylko jedno słowo. Ponieważ nie potrafiłem tego, stałem się pisarzem.
Były dwie możliwości: albo stanąć na gruncie ich zasad, albo zawisnąć nad nimi.